SAMA JEDNA
Felicyana Faleńskiego
ROZDZIAŁ I.
PAŁAC Z WYTRZESZCZONEMI OCZYMA I MŁYN Z CHIŃSKIM DACHEM.—CO TO TAKIEGO KWICZAŁO W BRUŹDZIE —I CZY OD GŁUPIEJ MARGOLI BYŁ KTO JESZCZE GŁUPSZY?
Gdzieś — gdzieś — daleko ztąd, choć jeszcze nie na końcu świata, znajdowała się wioska, dziedzictwo wielkiego pana. Piętrzył się wielki piękny pałac, na szczycie góry noszącej jeszcze ślady wałów dawnego zamku — ale mniejsza o to. Stopy tej góry opływało rozległe jezioro, którego brzegiem, podobny do równianki wśród zieloności falującej, zataczał się wieniec chat wesoły.
Od tej strony miał pałac oszkloną galeryę, szeregiem okiem patrzącą ku zachodowi. To też ile razy się słońce do snu kładło, powiedziałbyś, że ten pałac wytrzeszcza za niem ciekawe oczy; tak się przynajmniej wydawało małej dziewczynie, przewalającej się po piasku przeciwległego wybrzeża. A tu jeszcze drugi, taki sam ciekawy, pływa po wodzie do góry nogami, i to pokrajany w paski drobniutkie — bodajże cię!
Była to pucołowata, zdrowa jak rydz, wybrakowana słońcem i wiatrami dziewczyna wiejska, niejaka sobie Marysia „od młynarza'', jak mówiono.
U grobli bowiem, trzeba wiedzieć, stał młyn, podobny trochę do chińskiej pagody, żeby przyjemnie było patrzeć na niego z pałacu. Mieszkał w nim Jakób, dostatni człowiek, i nawet w pożyciu z żoną, można powiedzieć, szczęśliwy, gdyby nie to że im się jakoś nic a nic nie chowały dzieci. Było już kilkoro, ale wszystkie Pan Bóg bardzo wcześnie nazad pozabierał. Jakóbowa dawała na msze, odprawiała nowenny, suszyła — wszystko na nic. Jakób jął się narzekać, utyskiwać, komu on to zostawi zapracowane ciężko mienie? Następnie zniechęcać się począł do pracy, do karczmy coraz częściej zaglądać, coraz dłużej tam przebywać — o źle!
Aż tu jednym razem, oto co się stało.
Wieczorem wracała z roboty komornica przez chłopskie ogrody; nazywano ją we wsi głupią Margolą.
— Idę ja sobie nic nie widzący — opowiadała potem — a tu słyszę coś piszczy w bruździe. Nie kwiczy tego, ino coś jakby miauczy, chcę mówić. Myślę ja sobie: kot czy co? A to nie kot żaden, ino mały robak oto.
Tak ona gadała. Po prawdzie zaś, nie byłto ani robak, ani kot, ani nawet co kwiczącego, tylko poprostu dziecko podrzucone.
Ale juści
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | 32 | 33 | 34 | 35 | 36 | 37 | 38 | 39 | 40 | 41 | 42 | 43 | 44 | 45 | 46 | 47 | 48 | 49 | 50 | 51 | 52 | 53 | 54 | 55 | 56 | 57 | 58 | 59 | 60 | 61 | 62 | 63 | 64 | 65 | 66 | 67 | 68 | 69 | 70 | 71 | 72 | 73 | 74 | 75 | 76 | 77 | 78 | 79 | 80 | 81 | 82 | 83 | 84 | 85 | 86 | 87 | 88 | 89 | 90 | 91 | 92 | 93 | 94 | 95 | 96 Nastepna>>

